15 października 2008 – miss internet

Klienci ING Banku Śląskiego odczuwają rosnące koszty utrzymania mieszkań. Aż cztery na pięć osób, które wzięły udział w naszej ankiecie uznały, że wzrosty cen energii, gazu i opłat komunalnych są na tyle znaczące, że musiały zmniejszyć swoje wydatki na inne cele. W ankiecie, którą w dniach 6 – 13 października przeprowadziliśmy na stronie ING Bank Online, wzięło udział prawie 21 tysięcy naszych Klientów. Aż 82% z nich uznało, że koszty utrzymania mieszkania są na tyle znaczące, że musieli zmniejszyć swoje wydatki na inne cele. Tylko 14% głosujących nie odczuło podwyżek i zmian w konsumpcji innych dóbr i usług. Ponad 4% naszych Klientów nie miało zdania na ten temat i prawdopodobnie nie było w stanie ocenić czy rosnące koszta utrzymania mieszkania miały wpływ na inne wydatki. Spróbujemy wyjaśnić tą ogromną dysproporcję pomiędzy liczbą osób, które ze względu na koszta utrzymania mieszkania były zmuszone zmniejszyć pozostałe wydatki, a tymi którzy nie odczuli podwyżek. Wymienione w naszym pytaniu koszta charakteryzują się tym, że w przeciwieństwie do wydatków konsumpcyjnych, ich zmiany możemy łatwo dostrzec i śledzić. O wysokości opłat, jakie ponosimy na prąd, gaz i czynsz informuje nas regularnie elektrownia, gazownia czy spółdzielnia. Tymczasem śledzenie wydatków konsumpcyjnych wymagałaby od nas wysiłku w postaci zbierania paragonów fiskalnych, prowadzenia "domowej księgowości", nie wspominając o braniu pod uwagę zabiegów marketingowych producentów (takich jak zmieniana rozmiaru opakowań czy promocje). Podejrzewamy, że osoby które wzięły udział w naszym badaniu instynktownie założyły, że jeśli za coś więcej płacą, to równocześnie muszą ograniczyć inne wydatki (skoro wrosła jedna pozycja wydatkowa, to jakaś inna musi spaść). W rzeczywistości nie musi tak być. Już w latach 50-tych XX wieku powstała tzw. koncepcja wygładzania konsumpcji. Zakłada ona, że ludzie unikają gwałtownych zmian w swoim poziomie konsumpcji i starają się tym zmianom przeciwdziałać poprzez sięgnięcie do oszczędności / zaciągnięcie kredytu (aby pokryć niespodziewany ubytek w bieżących dochodach) albo oszczędzając znaczną część niespodziewanie lepszych dochodów. Innymi słowy, gdyby rzeczywiście rosnące koszty utrzymania mieszkania znacząco uszczupliły nasz budżet, to zaczęlibyśmy sięgać po oszczędności, aby uniknąć spadku konsumpcji innych dóbr i usług. Hipoteza o wygładzaniu konsumpcji wydaje się nabierać wiarygodności zwłaszcza teraz, w okresie przyspieszonego nasycania gospodarstw domowych kredytami konsumpcyjnymi, kiedy konsumenci mogą na większą skalę kupować na poczet przyszłych dochodów. Tym samym ich zachowania konsumpcyjne mogły się do pewnego stopnia uniezależnić od rozwoju sytuacji gospodarstw domowych po stronie wpływów finansowych. Ostateczną weryfikację opinii wyrażonej przez ankietowanych przez nas Klientów ING znajdujemy się w wagach koszyka CPI (wskaźnika zmian kosztów utrzymania). Wagi te ustalone są w oparciu o sporządzane przez GUS badanie budżetów gospodarstw domowych. Przyjęte w 2008 r. wagi w koszyku CPI mówią, że udział wagi kategorii CPI "Użytkowanie mieszkania i nośniki energii" wynosi 19% sumy wydatków gospodarstw domowych. Tymczasem okazuje się, że ograniczanie wydatków na inne cele wymusiłby dopiero wzrost udziału tej wagi w 2009 r. do mało prawdopodobnego poziomu około 27%. W ankiecie, którą w dniach 6 – 13 października przeprowadziliśmy na stronie ING Bank Online, wzięło udział prawie 21 tysięcy naszych Klientów. Aż 81% z nich uznało, że koszty utrzymania mieszkania są na tyle znaczące, że musieli zmniejszyć swoje wydatki na inne cele. Tylko 14% głosujących nie odczuło podwyżek i zmian w konsumpcji innych dóbr i usług. Ponad 4% naszych Klientów nie miało zdania na ten temat i prawdopodobnie nie było w stanie ocenić czy rosnące koszta utrzymania mieszkania miały wpływ na inne wydatki. Spróbujemy wyjaśnić tą ogromną dysproporcję pomiędzy liczbą osób, które ze względu na koszta utrzymania mieszkania były zmuszone zmniejszyć pozostałe wydatki, a tymi którzy nie odczuli podwyżek. Wymienione w naszym pytaniu koszta charakteryzują się tym, że w przeciwieństwie do wydatków konsumpcyjnych, ich zmiany możemy łatwo dostrzec i śledzić. O wysokości opłat, jakie ponosimy na prąd, gaz i czynsz informuje nas regularnie elektrownia, gazownia czy spółdzielnia. Tymczasem śledzenie wydatków konsumpcyjnych wymagałaby od nas wysiłku w postaci zbierania paragonów fiskalnych, prowadzenia "domowej księgowości", nie wspominając o braniu pod uwagę zabiegów marketingowych producentów (takich jak zmieniana rozmiaru opakowań czy promocje). Podejrzewamy, że osoby które wzięły udział w naszym badaniu instynktownie założyły, że jeśli za coś więcej płacą, to równocześnie muszą ograniczyć inne wydatki (skoro wrosła jedna pozycja wydatkowa, to jakaś inna musi spaść). W rzeczywistości nie musi tak być. Już w latach 50-tych XX wieku powstała tzw. koncepcja wygładzania konsumpcji. Zakłada ona, że ludzie unikają gwałtownych zmian w swoim poziomie konsumpcji i starają się tym zmianom przeciwdziałać poprzez sięgnięcie do oszczędności / zaciągnięcie kredytu (aby pokryć niespodziewany ubytek w bieżących dochodach) albo oszczędzając znaczną część niespodziewanie lepszych dochodów. Innymi słowy, gdyby rzeczywiście rosnące koszty utrzymania mieszkania znacząco uszczupliły nasz budżet, to zaczęlibyśmy sięgać po oszczędności, aby uniknąć spadku konsumpcji innych dóbr i usług. Hipoteza o wygładzaniu konsumpcji wydaje się nabierać wiarygodności zwłaszcza teraz, w okresie przyspieszonego nasycania gospodarstw domowych kredytami konsumpcyjnymi, kiedy konsumenci mogą na większą skalę kupować na poczet przyszłych dochodów. Tym samym ich zachowania konsumpcyjne mogły się do pewnego stopnia uniezależnić od rozwoju sytuacji gospodarstw domowych po stronie wpływów finansowych. Ostateczną weryfikację opinii wyrażonej przez ankietowanych przez nas Klientów ING znajdujemy się w wagach koszyka CPI (wskaźnika zmian kosztów utrzymania). Wagi te ustalone są w oparciu o sporządzane przez GUS badanie budżetów gospodarstw domowych. Przyjęte w 2008 r. wagi w koszyku CPI mówią, że udział wagi kategorii CPI "Użytkowanie mieszkania i nośniki energii" wynosi 19% sumy wydatków gospodarstw domowych. Tymczasem okazuje się, że ograniczanie wydatków na inne cele wymusiłby dopiero wzrost udziału tej wagi w 2009 r. do mało prawdopodobnego poziomu około 27%.

„Bankowanie” przez internet, to nie tylko luksus, wygoda, czy podążanie za nowinkami technologicznymi. To przede wszystkim znaczna oszczędność pieniędzy. Różnice w obsłudze konta w placówce i przez internet mogą sięgać nawet kilkudziesięciu złotych miesięcznie.Bankowość internetowa to już standard w ofertach liczących się na rynku instytucji. Mimo że nadal wielu konserwatywnych klientów traktuje obsługę konta przez internet nieufnie, to i tak z miesiąca na miesiąc rośnie grono osób wykorzystujących ten kanał dostępu do codziennych kontaktów z bankiem. Można się spodziewać, ze wraz ze zwiększeniem dostępności internetu, postępującym spadkiem cen komputerów, rozwiązanie to będzie zdobywało coraz większa popularność. Już dziś wielu klientów nie wyobraża sobie korzystania z usług banku, bez bankowości internetowej. Co więcej, część aktywnie korzystających z usług banku z nich w ogóle nie odwiedza jego placówek.Banki dokładają wielu starań, by odciążyć placówki z obsługi kasowej. Chcą, by najprostsze operacje klient mógł wykonać sam przed ekranem komputera. Natomiast rola oddziałów uległaby przeobrażeniu i przybrała charakter bardziej doradczy. Dlatego część instytucji wdraża tanie rachunki internetowe, dzięki którym klienci mogą wykonać część operacji za darmo. Z bankowości internetowej korzystają już nie tylko najmłodsi klienci banków. Zalety bankowości internetowej docenia także coraz więcej osób w wieku średnim.Liczy się czas, wygoda...Do obsługi rachunku bankowego przez internet wystarczy dowolny komputer z dostępem do sieci. Godzina nie jest istotna, bo e-bank działa całą dobę, bez przerw weekendowych. Logowanie się jest czynnością prostą - klient musi znać jedynie swój indywidualnie nadany przez bank numer i hasło. Do wykonania jakiejkolwiek transakcji wymagane jest ponadto dodatkowe zabezpieczenie w postaci hasła jednorazowego. Obsługa rachunku bankowego jest prosta i intuicyjna, a wykonanie przelewu zewnętrznego trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund. Jeżeli klient stosuje się do kilku podstawowych zaleceń banku, to obsługa konta w sieci jest w pełni bezpieczna.Na drugim biegunie mamy obsługę konta w placówce bankowej, która nie jest ani wygodna, ani szybka. Oddział banku jest czynny z reguły od godziny 10 do 18, tylko w dni robocze. Dojazd, czy autobusem, czy samochodem kosztuje. W przypadku autobusu możemy przyjąć, że to tylko jeden bilet, więc jest to dodatkowy koszt w granicach kilku złotych. Jeśli chodzi o samochód, w grę wchodzi nie tylko zużyte w korkach paliwo, ale również bilet parkingowy. Co więcej, tracimy cenny czas, zarówno na dojazd, jak i na odstanie minimum kwadransu w kolejce do kasy. Można bez przesady założyć, że wyprawa do placówki bankowej może zająć nawet około godziny. A ponieważ „czas to pieniądz”, każdy może sobie łatwo przeliczyć, ile kosztuje go jedna godzina jego pracy. To śmiała teza, ale niestety prawdziwa - ten czas można wykorzystać bardziej pożytecznie.... i przede wszystkim niższe koszty Największą zaletą bankowości internetowej są niskie koszty obsługi rachunku i poszczególnych operacji. Przelew zewnętrzny zlecony w placówce bankowej kosztuje w zależności od banku od 4 do 6 zł. Tymczasem ta sama operacja wykonana w systemie bankowości internetowej może być nawet bezpłatna. Jedynie część banków pobiera opłatę w wysokości 0,50 zł lub 1 zł.Użytkownik bankowości internetowej może więc bez dodatkowych opłat uregulować co miesiąc kilka rachunków, czy spłacić raty kredytów. Tymczasem osoby preferujące bardziej konserwatywne metody opłacania należności muszą za taki „luksus” dodatkowo płacić: ok 2 zł u pośrednika, 2,50 zł na poczcie, ok. 5 zł w okienku bankowym. Obecnie miesięczny koszt obsługi tradycyjnego konta bankowego z wraz kartą płatniczą w wielu bankach zbliżył się już do 10 zł. Rocznie daje to blisko 120 zł prowizji tylko za samo korzystanie a rachunku. Zakładając, że klient wykona tylko 4 przelewy zewnętrzne w placówce w miesiącu, a każdy będzie kosztował 5 zł, to miesięcznie płaci za taką operację 20 zł. Wraz z obsługą rachunku będzie to 30 zł miesięcznie. W skali roku jest to 360 zł samych prowizji bankowych. Nie wliczając dodatkowych: za zlecenia stałe, kredyt odnawialny, czy odsetki od debetu.Tymczasem coraz więcej instytucji udostępnia swoim klientom tanie konta internetowe. Część z nich jest bezpłatna, w przypadku innych pobierana jest niewielka prowizja. W niektórych bankach wspomniany koszt można zredukować do kilkunastu złotych lub nawet do zera.Warto wspomnieć, że internauci są premiowani przez instytucje finansowe na różne sposoby. Gdy nie wystarcza już kuszenie ceną, banki oferują bardziej rozbudowaną ofertę depozytową i lepsze warunki zakładania lokat. Obecnie z bankowości internetowej korzysta w Polsce blisko 6 milionów klientów.Wojciech BoczońEkspert Bankier.pl